updates
©

Tangerine | Larry Stylinson | Część I

Tytuł: “Tangerine” (“Mandarynka”)

Autorka: Ray

Pairing: Larry Stylinson

Fabuła: Przyjaźń, która pachniała mandarynkami. Przyjaźń, która miała przetrwać wszystko.

Od autorki: Miałam dzisiaj dodać rozdział TPM, ale pod dłuższym namyśle stwierdziłam, że muszę go jeszcze poprawić, ale nie chcąc trzymać was tak długo bez niczego, daję wam pierwszą część Mandarynki. Dla niektórych może być nudna, ale musiałam jakoś zacząć. Ostrzegam, pod koniec jest niemożliwie słodko. Piszcie proszę co sądzicie.

_________________________________________________________

Najlepszym przyjacielem jest ten, kto nie pytając o powód smutku, potrafi sprawić, że znów wraca radość.

Dzieci wokoło goniły się, szarpiąc za koszulki, aby wygrać jakiś wyścig, a ich mamy jedynie z uśmiechami patrzyły na swoje pociechy. Tylko Harry, trzylatek z burzą kręconych czarnych loków, siedział na brzegu piaskownicy, trzymając w rączce plastikową butelkę z sokiem, kreśląc małym paluszkiem wzory na piasku. Wszyscy mijali go szerokim łukiem, zapewne myśląc, że jest dziwakiem, skoro nie chciał brać udziału w szalonych zabawach.

Harry był skryty i nieśmiały, wolał trzymać się na uboczu niż bawić ze swoimi rówieśnikami. Jak na trzylatka zdawał się rozumieć więcej niż przeciętny chłopczyk w jego wieku – wolał towarzystwo swoich kolorowanek niż biegać po podwórku. Nie przyjaźnił się z nikim, ale należał do typu samotników, pogrążonych w całkiem innym świecie, więc nie powinno to nikogo dziwić.

Pogrążony w rozmyślaniach nie zauważył idącego w jego kierunki chłopca, z twarzą podobną do elfa, ubranego w czerwone spodenki z podwiniętymi nogawkami i bluzeczce w paski. Przysiadł się obok niego, poprawiając grzywkę, która opadła na jego niebieskie oczy i uśmiechnął w kierunku Harry’ego. Chłopczyk nawet nie podniósł głowy, dalej wpatrując się w piasek i ściskając plastikową butelkę.

- Hej – przywitał się. Harry drgnął na dźwięk wesołego głosu blisko siebie. – Jestem Louis. Podszedłem do ciebie, bo siedziałaś tutaj taki sam i zrobiło mi się przykro, bo jak jesteś sam to wcale nie jest fajnie – oznajmił.

Harry podkulił pod siebie nogi, chcąc, aby ten cały Louis dał mu spokój. Ale ten właśnie Louis siadał teraz bliżej niego i przyjacielsko poklepał po ramieniu.

- Ne ce zebyś tu był – wymamrotał Harry, sepleniąc. Mimo, iż miał trzy latka i powinien już ładnie mówić, nadal nie potrafił dobrze wymawiać wyrazów.

- Nie pójdę sobie – oświadczył hardo Louis. – Nie lubię jak ktoś jest smutny. Ile masz lat? Ja za niedługo skończę sześć – wypiął dumnie pierś.

- Cy – mruknął cicho młodszy chłopczyk, kuląc się jeszcze bardziej. – Mam cy latka.

- A czemu się nie uśmiechasz? – dopytywał dalej Louis, starając się jakoś zwrócić uwagę Harry’ego poprzez głaskanie jego ramienia. Harry odruchowo chciał uciec, ale właśnie ten dotyk Louisa sprawił, że przez chwilę poczuł się lepiej. Jakby… miał przyjaciela.

- Bo tak – burknął, wyrywając się Louisowi. Otworzył swój soczek i napił się, dając mu do zrozumienia, żeby sobie poszedł. – Zostaf mnje.

- Nie zostawię. – Niezrażony Louis podszedł do Harry’ego, znów siadając obok niego. – Przestań uciekać to ja przestanę cię gonić. – Między nimi zapanowała cisza, przerywana jedynie głośnymi wybuchami śmiechu od innej strony placu zabaw. Siedzieli w piaskownicy tylko we dwójkę i zapewne było tak, bo wszyscy uważali, że nie chcą się bawić, więc nawet nie podchodzili, aby im to zaproponować.

Louis poprawił nogawkę swoich czerwonych spodni i trącił Harry’ego w ramię.

- Jak masz na imię?

Młodszy schował głowę, nie chcąc już rozmawiać z Louisem. Może i był bardzo miłym chłopczykiem i zaoferował mu towarzystwo, ale Harry wolał być sam. Z resztą nie lubił poznawać nowych ludzi.

- Jak ci na imię, szkrabie? – ponowił pytanie Louis, zwracając się do niego w najsłodszy sposób; słodszy niż mówiła do niego mama. Harry powoli uniósł wzrok z piasku, przyciskając do piersi butelkę z soczkiem.

- Hall… Hal… - Zmarszczył brwi, nie potrafiąc wymówić dwóch „rr” w swoim imieniu. – Hally. Mam na ime Hally.

Louis uśmiechnął się.

- Masz bardzo ładne imię, Harry – powiedział. – A co trzymasz w ręce?

- Mój socek – odparł, przyciskając butelkę mocniej do piersi. – Mój socek – powtórzył, pokazując Louisowi etykietkę z mandarynkami. – Baldzo go lubie.

- Mandarynkowy! – zawołał Louis z uśmiechem. – Nigdy jeszcze takiego nie piłem… Mógłbyś dać mi trochę skosztować? – spytał z nadzieją, odgarniając pasemko grzywki, które wpadało mu do oczu.

Harry zacisnął usta, kręcąc głową na znak protestu. Louis westchnął i ukląkł przed nim na piasku, uśmiechając się od ucha do ucha. Chłopczyk nie wiedział skąd w nim tyle radości, ale stwierdził, że jest ona zaraźliwa, bo po chwili i na jego usta wkradł się malutki uśmiech – uśmiechnął się po raz pierwszy do kogoś kim nie była jego mama.

- Nje – powiedział cicho. – Nje daje pic mojego socku – wytłumaczył.

- A może zrobisz to dla mnie? – spytał Louis, sięgając do loczków Harry’ego. Nigdy nie pozwalał ich nikomu dotykać. – Dla… swojego przyjaciela…?

Harry wydął wargi, patrząc na Louisa, który uśmiechał się promiennie w jego stronę. Nie dawał nigdy skosztować swojego soczku, ale spojrzenie drugiego chłopczyka wręcz hipnotyzowało, dlatego Harry wyciągnął przed siebie rączkę i podał mu plastikową butelkę z napojem.

- Jestes moim psyjacelem?

Louis wpatrywał się w Harry’ego, upijając łyk soczku. Pokiwał głową na potwierdzenie jego pytania i oblizał usta ze słodkiego płynu.

- Jest pyszny – powiedział, oddając butelkę Harry’emu.

Harry uśmiechnął się i przyjął butelkę z powrotem, uśmiechając się do Louisa. Kiedy chłopczyk wstał i wyciągnął dłoń w jego kierunku, nie zawahał się ani sekundy, kiedy ujął ją i pozwolił zaprowadzić się nowemu przyjacielowi na zjeżdżalnię. 

- Dzień dobry, czy jest Harry? – W progu mieszkania państwa Stylesów stał dziewięcioletni Louis Tomlinson, z plecakiem na ramionach, ubrany w zimową kurtkę i czapkę. – Nie było go dzisiaj w szkole i bardzo się o niego martwię – wyznał.

Anne uśmiechnęła się do dziewięcioletniego chłopca.

- Harry rano źle się czuł i został w domu – wytłumaczyła kobieta, przesuwając się w progu. – Ale z pewnością ucieszy się z twojej wizyty, Louis. Proszę, wejdź do środka.

- Dziękuje pani – powiedział grzecznie Louis, wchodząc do domu Harry’ego. Wytarł ośnieżone buty o wycieraczkę i starannie ułożył je w miejscu do tego przeznaczonym. Zdjął swój plecak i kurtkę, odwieszając ją na wieszak.

Z uśmiechem wdrapał się po schodach i zapukał do drzwi pokoju swojego przyjaciela, nie chcąc wchodzić nieproszony. Jednak kiedy nie otrzymał odpowiedzi, nacisnął na klamkę i wszedł do środka. Dostrzegł Harry’ego, który był zakopany w swoją pościel w kotki; gdy tylko usłyszał że ktoś wchodzi natychmiast wynurzył się spod swojego ukrycia i uśmiechnął się szeroko w stronę Louisa.

- Hej, LouLou – przywitał się, pociągając nosem. Louis szybko wyciągnął ze swojego plecaka chusteczkę, którą mama zawsze mu pakowała, i znalazł się przy Harrym, wycierając jego mokry nosek. – Dziękuję – powiedział z rumieńcem chłopczyk, patrząc na swojego przyjaciela szczęśliwymi zielonymi oczami.

- Martwiłem się o ciebie – wyznał Louis. Usiadł na brzegu łóżka, a Harry bez słowa zrobił mu miejsce obok siebie pod kołdrą. Nie martwiąc się tym czy może się zarazić, Louis wpełzł pod ciepły kokon i przytulił do siebie rozgrzane ciało Harry’ego, głaszcząc pokrzepiająco jego ramię. – Kiedy nie zobaczyłem cię na stołówce wiedziałem, że coś ci się stało.

Harry i Louis chodzili do tej samej szkoły, ale do innych klas i pierwszy raz mogli spotkać się dopiero na przerwie na lunch. Z początku oboje nie lubili tej perspektywy, ale Louis, jako ten starszy, wytłumaczył Harry’emu, że nie może wchodzić na piętro młodszych klas.

- Mama mówi, że się przeziębiłem – wytłumaczył Harry, pokaszlując.

- To moja wina – przyznał z bólem Louis. – Niepotrzebnie wyciągnąłem cię wczoraj na podwórko. Było zimno i…

- Ale podobało mi się, Lou – przerwał mu Harry, zerkając na niego ze swojego miejsca przy ramieniu przyjaciela. – Nasz bałwan był taaaaki duży! – dodał z ożywieniem.

Louis uśmiechnął się. Bardzo lubił spędzać każdą wolną chwilę z Harrym, chociażby dla samego patrzenia jak chłopak uśmiecha się, kiedy powie coś zabawnego. Lubił też siedzieć z nim wieczorami na kanapie w jego domu i oglądać bajki albo przychodzić w piątki na nocowanie, kładąc się spać dopiero nad ranem, bo noce wypełniały im rozmowy i przekomarzanie. Harry po raz pierwszy otworzył się przed kimś, pozwolił na przyjaźń, a Louis sprawiał, że czuł się bezpieczny i kochany.

- Pójdziemy ulepić jeszcze jednego? – spytał z nadzieją w głosie. Louis uśmiechnął się, odgarniając zabłąkany loczek z jego rozgrzanego czoła. Ucałował go w czubek głowy i sięgnął po plecak obok łóżka. Harry z uwagą obserwował jego poczynania.

- Pójdziemy, ale pod warunkiem, że najpierw wyzdrowiejesz – powiedział starszy chłopak. Z triumfem wrócił na swoje poprzednie miejsce, pokazując mandarynkę, którą trzymał w dłoni. – A podobno mandarynki są najlepsze podczas choroby! – dodał entuzjastycznie. – Masz ochotę, kociaku?

Harry uśmiechnął się, pociągając noskiem.

- Miau.

W łazience unosiło się pełno piany, którą Harry i Louis bawili się, biorąc kąpiel. Biały puch pokrył już większość pomieszczenia, a nawet osiadł na loczkach Harry’ego. Louis zachichotał i szybkim ruchem dmuchnął więcej piany w stronę przyjaciela. Oboje chichotali, pluskając wodą dookoła.

- Zobacz, Lou! – zawołał Harry, robiąc sobie brodę z piany. – Wyglądam jak święty Mikołaj!

- Bardzo ładnie, Harry – pochwalił przyjaciela Louis, całując policzek chłopaka. – Zobacz na mnie! – Nałożył dużo piany na swoje włosy. – Mam białe włosy! – zaśmiał się głośno.

Po długiej zabawie pianą Louis zarządził przerwę, sięgając po gąbkę i mydło, aby umyć Harry’ego. Wrócili późno z podwórka, dzisiaj jeździli na rowerze, i oboje byli bardzo brudni. Louis polecił mu, aby wstał i odwrócił się do niego tyłem. Umył mu plecy, od czasu do czasu łaskocząc go, na co Harry wybuchał głośnym śmiechem. Następnie dokładnie wypłukał loczki Harry’ego z brudu, nakładając na nie mandarynkowy szampon, który kupiła jego mama. Spłukał pianę z włosów i klepnął Harry’ego w pupę, aby ponownie wstał i wyszedł z wanny.

- Upieczemy ciasteczka? – zapytał nagle, kiedy Louis wycierał go ręcznikiem. Spojrzał na przyjaciela zdziwionym wzrokiem. – Te pyszne, z mandarynkami? Uwielbiam je!

Louis zaśmiał się, pomagając ubrać Harry’emu piżamę w kotki. Podsuszył jeszcze jego włosy ręcznikiem i wyszli z łazienki. Idąc za Harrym do kuchni, mógł poczuć zapach mandarynek, który tak uwielbiał u swojego przyjaciela.

Harry wybiegł przed dom i wpadł w uścisk Louisa, który uniósł go nad ziemię, obracając kilka razy wokół własnej osi aż postawił go z powrotem na chodniku, czule mierzwiąc jego loczki. Oboje głośno zaśmiali się, machając Anne stojącej w progu i ruszyli do parku. Dziś zaczynały się wakacje, czyli mogli spędzać ze sobą każdy dzień.

Głęboko w środku Louis ukrywał złą wiadomość, którą musiał jakoś przekazać Harry’emu. Starszy chłopak kończył już dwanaście lat i wraz z tamtym dniem skończył również swoją edukację w Eltonhs Primary School, co wiązało się z opuszczeniem Harry’ego. Przynajmniej do czasu kiedy przyjaciel wybierze się do wyższej szkoły. Nie chciał go zostawiać; denerwował się, gdy nie było go w pobliżu a co dopiero nie móc spędzić z nim chociaż jednego dnia.

Kiedy przechodzili przez drogę, odruchowo chwycił Harry’ego za rękę, a chłopak splótł razem ich palce, zupełnie jakby było to coś naturalnego. Louis uśmiechnął się i ścisnął mocniej jego dłoń, prowadząc go do parku. Czuł satysfakcję z tego, że może trzymać swojego przyjaciela za rękę, że może dawać mu poczucie bezpieczeństwa. Był starszy, więc musiał się nim opiekować.

Usiedli pod jednym z drzew rosnących w parku, opierając się o jego szeroki pień. Harry wymościł sobie wygodne gniazdko pomiędzy nogami Louisa i oparł plecy o klatkę piersiową chłopaka, na co ten uśmiechnął się, pozwalając mu służyć jako wygodny leżak.

- Wiesz, Harry… - zaczął niepewnym tonem, bawiąc się jego loczkami. – Jest taka bardzo ważna sprawa…

Harry odchylił głowę do tyłu, kładąc ją na ramieniu Lou. Jak na dziewięciolatka miał bardzo mądre spojrzenie, przez co Louis czasami czuł się tak, jakby patrząc w nie rozmawiał z kimś dorosłym, a nie ze swoim młodszym przyjacielem. Westchnął z bezradności.

- Kończę a tym roku dwanaście lat – powiedział, z dumą w głosie. – I…

- Wiem, Lou – odparł Harry, przewracając oczami.

- Ech, pewnie również wiesz, że dzieci w moim wieku kończą już szkołę i idą do nowej… - Harry pokiwał twierdząco głową. – Trudno mi to powiedzieć, ale… Harry, ja też idę do innej szkoły.

- To wspaniale, Boo! – wykrzyknął Harry, uśmiechając się do niego szeroko z miejsca na ramieniu. – Będziesz taaaaaki mądry…

Louis posmutniał, zrozumiawszy, że Harry jednak jeszcze nie wie co ma mu do powiedzenia.

- Nie, Harry… To również znaczy co innego… Wiesz, kiedy pójdę do nowej szkoły nie będziemy już tak często się widywać… I będziemy od siebie daleko…

Poczuł ucisk w sercu, gdy widział jak stopniowo wyraz twarzy Harry’ego staje się smutniejszy, a dolna warga zaczyna drżeć, tak jak wtedy, kiedy zaraz ma się rozpłakać. Mocno wziął go w ramiona, tuląc do swojego ciała z czułością. Nie chciał go opuszczać, gdyby mógł byłby z nim w każdej sekundzie, ale wiedział również, że ta chwila kiedyś musiała nastąpić.

- Jak daleko, Lou? – wymamrotał Harry, wtulając się w jego ramię. – Jak daleko będziesz?

- Będę zawsze blisko ciebie, tutaj – odpowiedział, kładąc swoją dłoń po lewej stronie klatki piersiowej Harry’ego, czując przez materiał koszulki przyjaciela, jak jego serce szybko bije. – Obiecałem, że nigdy cię nie opuszczę, Haz – dodał ciszej, po prostu ciesząc się ich bliskością. Otoczył go całym sobą, ani myśląc go wypuszczać.

- A ty zawsze dotrzymujesz słowa – chlipnął młodszy, wczepiając się w jego ciało jak małpka.

- Zawsze.

Był optymistą – mieli w końcu dla siebie jeszcze całe wakacje. Wyciągnął z kieszeni mandarynkę i podał ją Harry’emu, z uśmiechem patrząc, jak zaczyna ją obierać.

Louis, ubrany w czerwone spodnie, koszulkę w paski i szelki, szedł dumnie obok swojej mamy, uśmiechając się do wszystkich wokół. Podekscytowanie nową szkołą nie sprawiło jednak, że zapomniał o Harrym. Brakowało mu jego roześmianej twarzy i cichego podśpiewywania, kiedy odprowadzał go na piętro, gdzie zajęcia miały młodsze klasy, żegnając się czułym buziakiem w policzek. Czuł pustkę, której już nigdy nic nie zastąpi.

Nie dawał jednak po sobie poznać tęsknoty i już po pierwszej lekcji znalazł nić porozumienia z dwoma chłopakami, Niallem i Zaynem. Wypełnili jakoś jego czas, odciągając na bok zamartwianie się o Harry’ego oraz o to, czy nie czuje się samotny bez swojego przyjaciela. Zaraz po rozbrzmieniu ostatniego dzwonka w tym dniu Louis wybiegł na podwórko i szybko wsiadł do samochodu swojej mamy, prosząc, aby zawiozła go do Harry’ego. Jay zaśmiała się, spełniając prośbę syna i po krótkim czasie Louis już wysiadał przed domem państwa Stylesów. Obiecał mamie, że wróci na podwieczorek, opowie o pierwszym dniu w szkole i zajmie się swoimi siostrami, jednocześnie biegnąc w stronę frontowych drzwi. Pomachał jej, gdy skręcała w uliczkę.

Zapukał kołatką o drzwi, niecierpliwie oczekując aż ktoś mu otworzy.

- Harry? – zawołał po dłuższym czasie. – Harry, jesteś w domu?

Drzwi otworzyły się i w progu stanęła Anne, z uśmiechem witając Louisa.

- Cześć, Louis – przywitała się, robiąc mu jak zwykle miejsce w przejściu. – Harry jest w ogrodzie, bawi się ze swoim kolegą.

Chłopak zmarszczył brwi, zdejmując plecak z ramion, wyciągając z niego mandarynkę. Kolegę? Przecież to Louis był jego jedynym przyjacielem, czemu Harry wolał bawić się z jakimś kolegą? Szybko przeszedł na ogródek, z niedowierzaniem patrząc jak Harry biega po podwórku, goniąc jakiegoś chłopaka, który najwidoczniej grał z nim w berka.

Wtedy poczuł pierwsze ukłucie zazdrości. Zawsze myślał, że to tylko z nim będzie się bawił, tylko on będzie miał prawo do wywołania szerokiego uśmiechu na jego twarzy; tego, w którym widać było niesamowicie słodkie dołeczki. Ścisnął w ręce owoc i z wyrzutem popatrzył na drugiego chłopaka.

- Cześć, Harry – odważył się powiedzieć.

Głowa Harry’ego w mgnieniu oka odwróciła się do niego, a na twarz wstąpił wyraz niekłamanej radości. Porzucając zabawę z chłopakiem, rzucił się naprzód, wpadając z impetem na Louisa, który natychmiast przytulił go do siebie, otoczony przez jego loczki i słodki zapach. Wybrał jego, porzucając w jednej chwili wszystko inne. Czuł się z powrotem w domu…

- Przyniosłem ci mandarynkę. 

Kiedy Harry w końcu zakończył edukację w Elthons Primary School, zdecydował się na tą samą, do której chodził Louis, dzięki czemu znów stali się nierozłączni. Niemożliwie stęsknił się za spędzaniem z nim każdej przerwy, a odwiedzanie go zaledwie trzy razy w tygodniu po lekcjach zdecydowanie mu nie wystarczało. Ich zajęcia odbywały się na dodatek na tym samym piętrze, więc oboje byli bardzo usatysfakcjonowani tym obrotem wydarzeń.

- Tak bardzo tęskniłem – wyznał Harry, kiedy pewnego dnia po szkole poszli do jego domu. Louis wygodnie położył się na łóżku przyjaciela, a on sam leżał z głową wtuloną w klatkę piersiową Lou.

- Ja bardziej – odparł Louis, bawiąc się lokami chłopaka. To było w zasadzie jego małe uzależnienie; lubił czuć między palcami miękkie kosmyki, od czasu do czasu przeczesać je, aby po chwili znów zacząć skręcać je na palcu. – Ale wytrwaliśmy – powiedział, wzdychając.

Te ostatnie dwa lata były dla niego bardzo trudne. Zrozumiał, że nie potrafi wytrzymać bez Harry’ego dłużej niż paru dni i dotarł do niego najbardziej istotny fakt – powoli zaczynał czuć do niego coś więcej. Tłumił to w sobie długo, odkąd w wieku dwunastu lat odkrył to, że wcale nie podobały mu się dziewczyny. Nikomu tego nie powiedział, ale chciał, aby Harry wiedział o nim wszystko, więc od paru dni przygotowywał się do tej rozmowy. To było prawdopodobnie trudniejsze niż powiedzenie mu, że idzie do innej szkoły.

- Haz… - zaczął niepewnie. Chłopak spojrzał na niego z dołu. Zmienił się w ciągu tych dwóch lat, zauważył Louis. – Jest coś… um, co chciałbym ci powiedzieć.

Chłopak uniósł pytająco brew. Louis złapał go za ramiona i podciągnął do góry, aby zrównać ze sobą ich twarze. Poczuł to miłe uczucie w brzuchu, gdy patrzył się z tak bliska w te dwoje cudownych oczu, tym razem zerkając również na wydęte malinowe wargi i po raz pierwszy zastanawiał się jakie towarzyszyłoby uczucie possaniu tej dolnej, pełniejszej.

Wpadł po uszy.

- Zamieniam się w słuch – odpowiedział Harry, nie zmieniając ich pozycji. Dla niego było to kolejne dziwne okazywanie uczuć i braterskiej miłości, ale dla Louisa sytuacja przedstawiała się całkowicie inaczej. Jednak wysilił się na uśmiech i żartobliwie strącił Harry’ego ze swojego ciała, w zamian siadając po turecku na materacu i gestem poprosił chłopaka, aby zrobił to samo.

Wziął głęboki oddech.

- Ostatnio… uch, nie, źle – wymamrotał pod nosem. – Harry – zaczął, patrząc mu w oczy – wiesz, że czasami jest tak… znaczy, jesteśmy przyjaciółmi, możemy mówić sobie wszystko, prawda? – Kiedy otrzymał twierdzącą odpowiedź kontynuował: - I… chciałbym ci powiedzieć coś bardzo ważnego. Ja… - odchrząknął. – Zauważyłem, że podobają mi się chłopcy w ten sposób, w jaki powinny podobać mi się dziewczyny… Uch, no…

- Hej, Lou – odezwał się zmartwiony Harry, kiedy Louis spuścił głowę i pociągnął nosem. Ujął podbródek przyjaciela i kciukiem pogłaskał czule jego policzek. – Przecież to nic złego.

Louis uśmiechnął się smutno. Harry miał dwanaście lat, dokładnie tyle ile miał on, kiedy zorientował się, że interesuje się tą samą płcią. Na dodatek najbardziej chciałby być ze swoim najlepszym przyjacielem, za co Harry już dawno powinien był go porzucić.

- Poza tym – dodał, robiąc coś, czego Louis zupełnie się nie spodziewał: wdrapał się na jego kolana, siadając na biodrach i czule ucałował czubek głowy Lou – jeżeli chcesz mogę być twoim chłopakiem.

- Słu… słucham?

Nie, to jakiś żart. Zaraz się obudzi, Harry nigdy nie powiedziałby do niego takich słów. Znał go już dziewięć lat, należał raczej do nieśmiałych osób, tłumiących swoje uczucia głęboko w sobie. Chociaż… przy Louisie zawsze się otwierał, pokazywał co tak naprawdę czuje i zwierzał mu się ze wszystkiego, ale… ale nadal nie mógł uwierzyć w tą propozycję.

- Moim chłopakiem? – powtórzył w szoku.

- Um, tak to się nazywa teraz, prawda? – upewnił się nieśmiało Harry. – Chodzenie ze sobą. Wiesz, przytulanie się, trzymanie za rękę… W zasadzie to jesteśmy już taką małą parą, bo dużo się przytulamy i lubię trzymać cię za rękę.

Louis zamrugał powiekami, kładąc dłonie na chudych biodrach przyjaciela. Spojrzał w jego oczy, z początku myśląc, że to jakiś głupi dowcip, ale w zielonych tęczówkach doszukał się jedynie szczerości i… och, tej cudownej miłości, którą Harry go obdarzył. Uśmiechnął się do niego, nie wiedząc jak zareagować. Był starszy, za niedługo kończył piętnaście lat i oczywistym było, że rozumiał więcej, jednak… wiedział również, że Harry jest całkowicie pewny tego co mówi oraz tego co proponuje.

- Chciałbyś ze mną chodzić, Lou? – spytał po dłuższym czasie, kiedy Louis milczał.

Przełknął ślinę.

- Jesteś pewien, Haz? Wielu ludziom może się to nie spodobać…

- Trudno. – Wzruszył ramionami, sięgając po jego dłonie, aby spleść razem ich palce. – Nie liczą się oni tylko my. Prawda? Czytałem dużo książek, wiem co to znaczy chodzić ze sobą. Przecież nie zawsze musi to być chłopak z dziewczyną.

Louis uśmiechnął się, a kamień spadł z jego serca. Bał się, że Harry go nie zaakceptuje, ale nigdy nie spodziewał się, że zaproponuje coś takiego! Jasne, dla Lou znaczyło to znacznie więcej – wiedział co czuł do Harry’ego, ale wtedy pojawiło się światełko w tunelu i uświadomił sobie, że może już za niedługo będzie mógł wyznać Harry’emu prawdę.

- Będę twoim chłopakiem, Harry – zgodził się. – Będę chodził z tobą za rękę, będę cię przytulał i rozpieszczał, będę spędzać z tobą każdą chwilę, aby pokazać ci jak bardzo jesteś wyjątkowy.

Harry uśmiechnął się i niepewnie pocałował Louisa w usta; krótko, ale z niemożliwą dozą czułości i nieśmiałości. Zetknęli ze sobą czubki swoich nosów, pocierając je kilkukrotnie. Opadli razem na łóżko, spleceni w uścisku, gotowi przywitać każdą nową rzecz, jaka czekała ich na drodze.

- Masz może ochotę na mandarynkę?

Przyjaźń poznaję po tym, że nic nie może jej zawieść, a prawdziwą miłość po tym, że nic nie może jej zniszczyć. 

~Antoine de Saint-Exupéry

 

1 year ago 146 notes
  1. perfl0uis reblogged this from come-on-larry
  2. thelarrystylinsonforeverlove reblogged this from come-on-larry
  3. letsfleetogether reblogged this from come-on-larry